czwartek, 25 lipca 2019

Zanim wyjdziesz w teren

Tak jakoś wyszło, że zniknąłem... i w zasadzie to byłby koniec wyjaśnień bo i nie ma co pisać na przykład o lenistwie. Oczywiście to nie był główny powód - były również inne - jednak o nich również nie ma sensu pisać więc może przejdę za chwilę do rzeczy czyli głównego tematu dzisiejszego wpisu. Chciałbym jednak podziękować kilku wspierającym mnie osobą, które zachęcały mnie abym kontynuował pisanie ponieważ jest to ciekawe - także dzięki koledzy. Statystyki też w zasadzie mówią swoje bo w miesiącu pojawia się około 400 wyświetleń postów (pomimo całkowitego braku aktywności) więc nie powiem jest to całkiem miłe, kończąc jednak kwestie odnoszące się do mojej absencji przejdźmy do tego co najważniejsze czyli - eksploracji, poszukiwań i przygody. Pomimo tego, że mamy lato - okres niezbyt dobry na różnego rodzaju działania w terenie (bardziej chodzi tutaj o zasłaniające wszystko liście oraz trawę, a nie wysokie temperatury) staram się pozostawać aktywny. Jeden z ostatnich weekendów wykorzystałem nawet na odwiedzenie miejsca, o którym wiele osób słyszało, a niezbyt wielu było ze względu na specyficzne położenie jakim jest Góra Św. Anny (albo jak kto woli Sankt Annaberg). Pomijając już kwestie imponującego amfiteatru jaki się tam znajduje i różnych tajemnic związanych z górą postanowiłem, że tak jak to bywa przed każdym wyjazdem w nowe miejsca aby przejrzeć stare mapy samej góry oraz jej najbliższej okolicy ze szczególnym uwzględnieniem niemieckich Messtischblattów - genialnych wręcz map topograficznych wydawanych w skali 1:25000 dzięki, którym możemy nawet zobaczyć kształt domów jakie znajdowały się na danym terenie, a czasem nieraz możemy trafić na nie do dziś. Oczywiście kształt domów to tylko bardzo niewielki przykład do czego mapy te mogą być przydatne ponieważ zawierają one dosłownie wszystkie informacje na temat ukształtowania terenu oraz obiektów jakie można na danym wycinku znaleźć (pod warunkiem, że nie były tajne). Wielokrotnie okazywały swoją przydatność choćby w Górach Sowich czy też w najbliższej okolicy mojego miejsca zamieszkania tak więc i teraz pokazały do jak ciekawych miejsc można dotrzeć gdy poświęci się godzinę czasu na ich przestudiowanie przed wyjazdem w teren.

Autor bloga w miejscu nazwanym Wolfsschlucht (Wilczy Dół) znalezionym na niemieckiej mapie Messtischblatt w lesie nieopodal Kamienia Śląskiego (stan na lipiec 2019). 

Tym razem niemieckie arcydzieło kartografii doprowadziło mnie do miejsca nazwanego Wilczym Dołem, a będącym prawdopodobnie pozostałością po niewielkiej kopalni. Miejsce to dość niewielkie, a jednak bardzo ciekawe i można tutaj nawet użyć takiego określenia jak po prostu pięknym. Niewielka sztolnia mająca zaledwie kilka metrów długość zakończona zawałem jest wykuta w skale wapiennej prawdopodobnie jako miejsce jego pozyskiwania, posiada ciekawe obmurowanie przy dawnym, a już częściowo zasypanym wejściu, które należy ominąć, a aby dostać się do środka trzeba skorzystać z niewielkiego szybu ponad nim. No i właśnie tutaj należy się na chwilę zatrzymać i poruszyć temat historii tego miejsca. Już po powrocie przeglądając internet udało mi się natrafić na już długo nie aktualizowaną stronę internetową "Mój Szlak" opisującą właśnie to miejsce. Jak się okazuje w lesie Kanapeje nieopodal sztolni miała znajdować się wieś nosząca tę samą nazwę, która natomiast została zniszczona podczas wojny ze Szwedami. Natomiast sam tunel-sztolnia wraz z lejem, w którym się znajduje miał być miejscem pozwalającym na ukrycie się przed atakującymi nordyckimi agresorami, a pierwotnie wykorzystywany miał być przez rabusiów atakujących kupców przemieszczających się szlakiem handlowym nieopodal jego. Nie zabrakło także historii tak standardowo pojawiającej się przy każdych tunelach czy też grotach (nie, nie będzie mowy o wilkołakach z Riese, kryształowych trumnach itp.), a mianowicie miał łączyć zamek w Kamieniu Śląskim z zamkiem w Rogowie natomiast miał być tak obszerny, że mógł się w nim zmieścić jeździec na koniu.

Wycinek niemieckiej mapy Messtischblatt przedstawiający las Kanapeje wraz z opisywanym tutaj Wilczym Dołem (Wolfsschlucht).

To tyle na temat jego historii jednak wracając jeszcze na chwilę do jego prawdopodobnego wykorzystania z pominięciem legend to kilka zdań temu stwierdziłem, że była to prawdopodobnie kopalnia wapienia. Moje zdanie na ten temat nie wzięło się z przysłowiowego kapelusza, a stwierdziłem tak ponieważ w najbliższej okolicy Wilczego Dołu znajduje się współczesna kopalnia kruszywa - Górażdże - gdzie wydobywa się właśnie skały wapienne. W samym pobliżu sztolni możemy również natrafić na kilka niewielkich bo zaledwie około 2 metrowych hałd tak charakterystycznych dla tego typu obiektów górniczych, a także w owym leju gdzie znajduje się wejście do tunelu natrafić możemy na wystające z ziemi skały wapienne. Myślę, że to wszystko co można na temat tego miejsca powiedzieć i choć nie dotyczy ono bezpośrednio spraw związanych z III Rzeszą to i tak z punktu widzenia eksploracyjnego jest na pewno bardzo ciekawym obiektem do którego dotarcie polecam każdemu przebywającego akurat w tej części województwa opolskiego. 

Wyraźnie widoczne skały wapienne znajdujące się w tym samym leju - Wilczym Dole - co wejście do niewielkiej sztolni. (stan na lipiec 2019)

Skąd jednak dzisiejszy tytuł wpisu? Chciałem właśnie w ten sposób nawiązać do tego, że zanim wyruszysz w teren i zaczniesz snuć przeróżne wydumane teorie zrób zawsze kwerendę przeróżnych materiałów źródłowych na temat okolicy, w którą się udajesz, a także koniecznie przeglądaj stare niemieckie mapy. To właśnie dzięki niej dotarłem do tak fascynującego miejsca jakim okazał się Wilczy Dół, a także w przeszłości pomogły mi one w spojrzeniu na pewne rzeczy w sposób pozwalający na nabranie zupełnie innego charakteru miejsca gdzie aktualnie przebywałem. Jednak to jest już historia na zupełnie inny wpis, a tymczasem zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć z miejsca zwanego z niemiecka Wolfschlucht. Niebawem kolejny tekst, tym razem o czymś co mnie strasznie wkurzyło w ostatnim czasie...

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Kwietniowe aktualności

Znów trochę wody upłynęło w Wiśle (choć bardziej pasowałoby Odrze od mojego głównego kierunku jakim jest Dolny Śląsk) czasu minęło od mojej ostatniej aktywności na blogu jednak czas ten nie został zmarnowany - dużo przygotowań do różnych nadchodzących projektów, praca nad książką, która praktycznie już się zakończyła i wiele, wiele więcej... Tak się składa, że w tym roku mija 10 lat mojej aktywności na polu poszukiwawczo-eksploracyjnym dlatego też po tak długim czasie milczenia oraz zdobywania doświadczenia zdecydowałem się w końcu na szersze wypowiedzi czego początkiem był właśnie ten blog powstały w 2017 roku. Do tej aktywności można zaliczyć również powstającą książkę oraz współpracę jaką rozpocząłem z moim kolegą Alanem z Górnego Śląska zajmującym się realizacją ciekawych filmów dokumentalnych. Poniżej będziecie mogli obejrzeć nasze pierwsze, archiwalne nagranie z przed lat oraz bardziej aktualne tematy dotyczące ostatniej akcji w wałbrzyskim Totenburgu. Ostatni weekend spędziliśmy również na Dolnym Śląsku gdzie zbieraliśmy ciekawe materiały, była zaduma nad losem więźniów tam pracujących, śmiech z teorii około hybrydowych, ciekawe przygody oraz niewielkie odkrycie na terenie Ludwikowic Kłodzkich, a wszystko to zostało uwiecznione obiektywem Alana w ramach cyklu "Historia na Celowniku".

Nagranie z lipca 2016 roku, pogranicze Wielkopolski i Łódzkiego.

Pierwsza część nagrania z Wałbrzycha skupiona na Totenburgu.

Jak tylko materiał dotyczący naszego ostatniego wypadu w rejon "Riese" czy też S-3 opublikuję jak tylko będzie gotowe, a tymczasem jeszcze kilka słów na temat kolejnego już "ciekawego znaleziska z Ludwikowic Kłodzkich". Nie przez przypadek użyłem określenia "kolejnego" ponieważ w listopadzie 2016 roku trafiłem na pierwszy interesujący artefakt związany z historią tego przemysłowego regionu jakim pozostaje dzielnica Ludwikowic - Miłków, a o którym więcej przeczytacie w jednym z archiwalnych wpisów jaki znajdziecie TUTAJ. Tym razem sprawa dotyczyła starego, niemieckiego napisu znajdującego się w podziemiach dawnej elektrowni na ścianie jednej z komór. Tropem okazały się widniejące tam inne ostrzeżenia czy też uwagi co do prowadzenia pracy, które jak się okazało nie były jedyne - pod warstwą położonej po 1945 roku farby udało się odkryć kolejny, który przedstawiam poniżej. Specjalnie nie tłumaczę jego treści pozostawiając to Wam. 

Napis odkryty w piwnicach elektrowni znajdującej się na terenie Ludwikowic Kłodzkich/Miłkowa, kwiecień 2018 (fot. Jakub Pomezański).

We wstępie wspomniałem również o mijających w tym roku 10 latach mojej pracy... w związku z tym przygotowujemy również kolejną niespodziankę połączoną wraz z ciekawą relacją filmową podczas której wrócimy do miejsca gdzie tak naprawdę wszystko się zaczęło. Będzie się działo! Przy okazji - chciałbym już oficjalnie powitać na pokładzie dwie nowe osoby, jedna nie będzie tutaj tajemnicą ponieważ jest to już wspomniany Alan, natomiast druga z nich, to poznański kolega Rafał. Z taką grupą zapaleńców można zdziałać naprawdę wiele!

Okolica góry Sajdak to kolejne miejsce, w którym mieliśmy okazję się "kręcić", kwiecień 2018 (fot. Jakub Pomezański).

Poza Ludwikowicami Kłodzkimi pojawiliśmy się również za Sajdakiem (jak i zresztą przed), a także na Soboniu, który po prostu przyciąga kryjącymi się tam zagadkami. Swoją drogą nie tylko nas ponieważ mieliśmy tam okazję spotkać również Jerzego Cerę... no nic, tymczasem uciekam zająć się zdjęciami. Do następnego!

niedziela, 18 marca 2018

Wewelsburg - nazistowski Watykan, cz. III - SS-Brigadeführer Weisthor

Pisząc o zamku Wewelsburg nie można zapomnieć o wspomnianej już wcześniej ważnej (o ile nie najważniejszej w kontekście "Watykanu SS") postaci jaką był Karl Maria Wiligut, znany również pod przydomkiem Weisthor. Poświęciłem mu jak do tej pory zaledwie niewielki fragment w II części serii "Wewelsburg - nazistowski Watykan" jednak to zdecydowanie za mało gdyż to jaki w rzeczywistości wywierał wpływ na kształtowanie się nowej religii w pierwszych latach trwania III Rzeszy było wręcz nieprawdopodobne, a liczył się z nim nawet sam Heinrich Himmler. Dalsza część poświęcona będzie właśnie tajemniczej postaci Wiliguta gdzie przedstawię jego karierę w SS, projekty jakimi się zajmował w ramach jego pracy na rzecz ówczesnych Niemiec, a także opiszę to czym zajmował się przed jak i tuż po zakończeniu współpracy z Reichsführerem-SS. Ciekawostką jaką zostawię sobie na sam koniec będzie przedstawienie życiorysu (dodatek nr 2 jaki znajduje się na końcu tekstu) napisanego przez samego Wiliguta, w którym odnosił się do mistycznej przeszłości rodu, z którego miał się wywodzić. Chciałbym podkreślić, że życiorys ten powstał dopiero w 1937 kiedy w najbliższym otoczeniu Himmlera zaczęły pojawiać się pierwsze plotki na temat jego pobytu w zakładzie psychiatrycznym. Przenieśmy się jednak najpierw do XIX wiecznej Austrii...

Karl Maria Wiligut alias Weisthor w mundurze SS, 1936 rok. (archiwum autora)

Karl Maria Wiligut urodził się 10 grudnia 1866 roku w Wiedniu, wywodził się z rzymsko-katolickiej rodziny związanej przynajmniej od dwóch pokoleń z wojskiem (jego ojciec jak i dziadek byli oficerami w Austriackiej armii) dlatego też jego los jako najstarszego syna był jakoby przesądzony. Już w wieku 14 lat rozpoczął naukę w Cesarskiej Szkole Podchorążych ulokowanej w podwiedeńskim Breitensee, a gdy tylko osiągnął pełnoletniość co miało miejsce w 1884 roku został wcielony do nowo utworzonego 99 Pułku Piechoty Austro Węgier, który stacjonował m.in. w Sarajewie. W okresie od 1888 do 1903 awansował dwukrotnie (do stopnia podporucznika, a następnie porucznika) oraz przenoszony był kolejno do 88 i 47 Pułku Piechoty. Kluczowym rokiem w jego życiu jeśli chodzi o kontakty z tajnymi stowarzyszeniami okazał się być 1889 kiedy został członkiem niemieckiej, quasi-masońskiej loży Schlaraffia. Co ciekawe loża Schlaraffia miała być stowarzyszeniem ludzi posiadających podobne poglądy na życie charakteryzujące się pielęgnowaniem humoru jak i sztuki w życiu codziennym, a tym co miało ich ostatecznie spajać była przyjaźń. Interesująca jest również etymologia nazwy stowarzyszenia odnosząca się do średniowiecznego terminu Schlaraffenland znanego w Polsce pod nazwą Kukania, a będącego bajeczną krainą wiecznej szczęśliwości. Początek życiorysu "Rasputina Himmlera" jak można nazwać Wiliguta wydaje się wręcz nieprawdopodobny w kontekście jego przyszłych zainteresowań jak i dokonań, które zaczęły kształtować się w 1900 roku. To właśnie w owym okresie podczas pełnionej służby wojskowej na terenie czeskiego miasta Znojmo gdzie rzekomo miał okazję wielokrotnie oglądać intrygujący go megalityczny menhir znany pod nazwą "Rabenstein". Menhir ten był przedmiotem wielu najdawniejszych legend wywodzących się z tej części Czech, które znów jak sam twierdził skłoniły go do sięgnięcia po ariozoficzne publikacje Guido von Lista (szerzej na jego temat można przeczytać m.in. w pierwszej części cyklu "Wewelsburg - nazistowski Watykan"), które początkowo zainspirowały Wiliguta do spróbowania swych sił w tworzeniu ariozoficznej poezji, a następnie do napisania jego pierwszej publikacji noszącej tytuł "Seyfrieds Runen" w 1903 roku (wydana w 1904 przez wiedeńskie wydawnictwo Friedricha Schalka) będącej zbiorem poematów na temat menhiru ze Znojma oraz ariozofii.
 
Publikacja "Seyfrieds Runen" z 1903 roku będąca pierwszą książką Karla Marii Wiliguta. (źródło: eurobuch.ch)

Należy tutaj podkreślić, że Wiligut w owym okresie łączył swoje okultystyczne zainteresowania z pełnieniem służby wojskowej co nie było niczym dziwnym gdyż początek XX wieku charakteryzował się wręcz wysypem wszelakich tajemnych stowarzyszeń w całej Europie, do których należeli co znamienitsi przedstawiciele społeczeństw, w których one funkcjonowały. Będąc młodym oficerem zawiera w 1907 roku związek małżeński z  Malwiną Leuts von Treuenringen, a rok później wydaje swoje kolejne działo jakim było "Neun Gebote Gots" (niewielki fragment książki wraz z tłumaczeniem zamieszczam na końcu tekstu jako dodatek nr 1). Daje w nim upust swoim wyobrażeniom mówiącym w nim o sobie jako spadkobiercy starożytnej tradycji Irminizmu - nurtu ariozofii jaki miał wywodzić się od germańskiego bóstwa Irmina wpisanego jakoby w symbol drzewa życia znanego pod nazwą Irminsul (określanego również jako "wielki filar, który wspiera wszystkich"). Symbol ten był wykorzystywany później jako logo organizacji Ahnenerbe, a także miał znajdować się na ołtarzu podczas uroczystości zaślubin oraz chrztu w "religijnym rycie SS" jaki został opracowany przez Wiliguta w przyszłości (więcej na ten temat w drugiej części cyklu "Wewelsburg - nazistowski Watykan"). W tym okresie zaczął również twierdzić, że cała sekretna wiedza jaką posiada została mu przekazana na mocy rodowej tradycji, która polegać miała na przetransferowaniu tajemnej wiedzy każdemu pierworodnemu synowi za pośrednictwem ojca. Nie pozostało to bez wpływu na wydarzenia z 1908 roku będące następstwem śmierci jego nowo narodzonego syna - to właśnie wtedy doznaje olbrzymiego wstrząsu wywołującego trwałe zmiany w psychice. Wstrząs spowodowany był oczywiście tym, że nie mógł przekazać całej posiadanej wiedzy swojemu pierworodnemu potomkowi co znów zaowocowało tym, że stopniowo zaczął oddalać się od swej żony. Aby wypełnić pustkę po utraconym synu każdą chwilę życia wypełnia okultyzmem, wstępuję również do założonego przez wspomnianego w pierwszej części cyklu Jörga Lanza von Liebenfelsa zakonu Ordo Novi Templi. Wieloletnim towarzyszem Liebenfelsa był związany z O.N.T. Theodor Czepl, z którym to Wiligut znajduje wspólny język co znów owocuje zacieśnieniem relacji pomiędzy nimi. Nieprzerwanie przez 1908 rok odbiera rzekome przekazy jakie miał otrzymywać od swoich przodków związane z mistyczną wiedzą najstarszego germańskiego plemienia Asa-Uana. Zawierać miały one informacje o pochodzeniu germanów, których początki miały sięgać 228 tysięcy lat przed naszą erą, a wywodzić mieli się od samych Atlantydów. Dowodził również, że Biblia powstała znacznie wcześniej, był zdania, że wydarzenia opisywane w Nowym Testamencie miały się rzeczywiście wydarzyć na terenie przyszłych Niemiec, a nie w Palestynie. Interesującym faktem pozostaje również to, że według Wiliguta Chrystus miał w rzeczywistości nazywać się Krist i był wcieleniem Boga, który stworzył wspomniany już Irminizm. Jak łatwo się domyślić jego ród miał być jego bezpośrednim spadkobiercą...
 
Zaprojektowany w barokowym stylu po 1933 roku przez nieznanego autora herb rodu Karla Marii Wiliguta, na uwagę zwraca widoczna na nim runa. (źródło: Igor Witkowski "Wewelsburg: Zamek Świętego Graala SS")

Ze względu na wybuch I wojny Światowej w 1914 działalność na polu okultystycznym Karla Marii Wiliguta została tymczasowo wstrzymana, a już w październiku tego roku został oficerem w sztabie 30 Pułku Piechoty. Wraz z armią Austro-Węgierska brał udział w wyczerpującej kampanii przeciwko carskiej Rosji na terenie Karpat gdzie wykazał się bardzo dużym zaangażowaniem i męstwem co zaowocowało awansowaniem go do stopnia podpułkownika i odesłania do austriackiego miasta Graz gdzie zajmował się m.in. przeorganizowaniem 14 i 49 Pułku Piechoty. Co może wydawać się dość nieprawdopodobne ze względu na jego przedwojenną działalność, a także stan umysłu to fakt, że cały okres działań wojennych był dla niego bardzo dużym pasmem sukcesów. Od lipca 1915 roku dowodził wojskami na froncie włoskim gdzie dał się poznać jako bardzo dobry strateg co znów doprowadziło do kolejnego awansu w 1917 roku kiedy to otrzymał stopień pułkownika. Z teatru działań przeciwko armii włoskiej, który znajdował się w południowym Tyrolu został przesunięty dopiero w maju 1918, polecono mu wówczas objęcie dowodzenia nad obozem dla powracających z frontu żołnierzy ulokowanym w znajdującym się nieopodal Lwowa mieście Żółkiew. Wraz z zakończeniem I Wojny Światowej oraz rozpadem cesarstwa Austro-Węgierskiego dla którego konflikt ten okazał się przegrany podobnie jak wielu jego towarzyszy broni nie potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości, poczucie to umocniło się w styczniu 1919 roku kiedy ostatecznie został zwolniony ze służby. Przeniósł się wtedy wraz ze swoją rodziną do Salzburga i utwierdził w przekonaniu, że świat potrzebuje kolejnego, niemiecko języcznego imperium, które sprosta intrygującym siłą masonów, żydów oraz Watykanu. Zimą na przełomie 1920 i 1921 udaje mu się odnaleźć Teodora Czepla,  który w domu Wiliguta spędza aż siedem tygodni. Czas ten mieli spędzać na zgłębianiu tradycji ariozoficznej skupionej wokół zakonu Ordo Novi Templi przewodzonej obecnie przez Czepla, który to po zakończeniu wizyty miał napisać raport gdzie przedstawił przyszłego "maga SS" jako "człowieka związanego z wojskiem, który ujawnił się jako nosiciel tajnej linii niemieckich królów". Ze względu na pogarszającą się sytuację materialną oraz coraz częstsze obwinianie swej żony za wszystkie niepowodzenia w domu Wiligutów dochodzi do aktów przemocy domowej inicjowanych przez głowę rodziny. Należy również nadmienić, że małżonka Karla nie pochwalała jego poświęcenia się okultyzmowi, a czarę jej goryczy przelały ciągłe i jawne roszczenia męża do objęcia austriackiego tronu. W 1924 roku dochodzi również do tragedii, która w bezpośredni sposób doprowadziła do zamknięcie go w zakładzie psychiatrycznym, mowa tutaj o próbie zabójstwa jego żony Malwiny. Zdesperowana kobieta przedstawiła sprawę salzburskiej policji, która 29 listopada aresztowała przebywającego ze swoimi znajomymi w kawiarni Wiliguta. Miejscem jego odosobnienia od społeczeństwa stał się na następne trzy lata ośrodek dla umysłowo chorych  "Salzburger Heilanstalt für Gemüts und Nervenkranke", zdiagnozowano u niego ekscentryzm, schizofrenię oraz megalomanię.

Rycina przedstawiająca ośrodek dla umysłowo chorych Salzburger Heilanstalt für Gemüts und Nervenkranke, w którym pomiędzy 1924, a 1927 został zamknięty Karl Maria Wiligut. (archiwum autora)

Nieznane są jego relacje z córkami - Gertrudą i Lottą - jednak można uznać, że były znacznie lepsze od tych jakie miał z żoną ponieważ to właśnie dzięki ich zabiegom u najwyższych władz państwowych udaje mu się opuścić zakład psychiatryczny w 1927 roku. Przez kolejne pięć lat próbuje naprawić relacje z żoną, którą ostatecznie opuszcza w 1932 po czym przenosi się Niemiec gdzie osiada na przedmieściach Monachium. W związku z koniecznością odnalezienia się w nowym miejscu zamieszkania odnawia kontakty ze swoimi dawnymi towarzyszami broni, a także ludźmi związanymi z Ordo Novi Templi takimi jak Ernst Rüdiger, Friedrich Teltscher czy Werner von Bülow, z którymi prowadzi szeroko zakrojoną korespondencję. Największą pomoc jak się miało okazać uzyskał jednak od Richarda Andersa, to właśnie dzięki jego zabiegom we wrześniu 1933 po zakończonej konferencji "Nordische Gesellschaft" (Towarzystwo Nordyckie - organizacja prowadzona w owym okresie przez Alfreda Rosenberga mająca na celu wzmacnianie więzi pomiędzy krajami germańsko-nordyckimi) zostaje przedstawiony Heinrichowi Himmlerowi, który zafascynowany osobą Wiliguta przyjmuje go jeszcze w tym samym miesiącu do SS pod pseudonimem Karl Maria Weisthor. Obejmuje również stanowisko kierownika w stworzonym specjalnie dla niego departamencie Historii Wczesnej i Prehistorii będącym częścią struktur Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS pozostającego pod zarządzaniem Waltera Darré - argentyńskiego emigranta pochodzenia niemieckiego. Koniecznym jest tutaj nadmienienie, że Darré podobnie jak Wiligut zajmował się koncepcją tworzenia herbów rodowych jednak obejmowały one jego koncepcję arystokracji ziemiańskiej (w ramach ideologii Blut und Boden jaka miała wywodzić się z przyszłych osadników mających zasiedlać ziemie na wschodzie. Wiązało się to z realizacją planu kolonizacji związanego z doktryną Drang Nach Osten, która w największym skrócie oznaczała sprowadzenie do roli niewolników mieszkających tam ludzi (głównie Polaków) jednak jest to dość rozległy temat, który zasługuje na osobny tekst co zamierzam zrobić w przyszłości.

 
Znajdujący się w zbiorach muzeum zamku Wewelsburg autorski projekt Waltera Darré będący pierwszym, wykonanym ze srebra herbem w koncepcji arystokracji ziemiańskiej dla jego rodu. Zawiera on ciekawą symbolikę w postaci znajdującej się w jego centralnej części runy okolonej przez zjadającego własny ogon węża zwanego Uroborosem będącego symbolem nieskończonego cyklu. (fot. Jakub Pomezański)

Wróćmy jednak do przedstawienia dalszego życiorysu Wiliguta alias Weisthora, który na zaproponowanym stanowisku nie zabawił zbyt długo bo już wiosną 1935 roku został przeniesiony do Berlina aby zostać członkiem osobistego sztabu Reichsführer SS. Ten bardzo szybki awans wiązał się prawdopodobnie z tym, że fascynacja Himmlera jego osobą trwała nieprzerwania od pamiętnego pierwszego spotkania z 1933 roku, a opowieści o mistycznej wiedzy rzekomo przekazanej Wiligutowi przez jego przodków cały czas rozpalały jego wyobraźnię o zamierzchłej historii pradawnych Germanów jak i pozwoliły na snucie planów o malującej się w kolorowych barwach przyszłości. Sądząc również po tym, że obydwaj byli członkami tej samej ariozoficznej organizacji-zakonu Ordo Novi Templi  to zapewne tematów do prowadzenia dyskusji również im nie brakowało. Ich relacja miała również specyficzny charakter ponieważ Himmler będąc oddanym wyznawcą już opisywanej w tym tekście religii irministycznej, której bezpośrednim spadkobiercą według Wiliguta miał być jego ród stawiało to niejako przywódcę SS w roli ucznia zgłębiającego tajemną wiedzę przodków jaka nie była przeznaczona dla każdego śmiertelnika co również pozwalało mu na poczucie bycia wyróżnionym czy też namaszczonym do pełnienia tak istotnej roli w ówczesnych Niemczech. Nie można mieć pewności na ile silna była pozycja Weisthora aby móc wpływać na Himmlera jednak wiadomo, że to właśnie dzięki jego sugestią na zamek mający być w przyszłości "nazistowskim Watykanem" Reichsführer wybrał właśnie Wewelsburg. Wiązało się to z kilkoma czynnikami - zacznijmy może od tego najmniej istotnego choć nadal ważnego dla sprawy jakim był unikatowy kształt zamku stanowiący trójkąt. Jak wiadomo według powstałych w planów miał on być zakończeniem grotu Włóczni Przeznaczenia, którą sam zamek wraz z przylegającymi do niego budowlami miał tworzyć w formie konstrukcji widzianej z lotu ptaka. Nie bez znaczenia pozostawała również średniowieczna historia zamku jako miejsca wykonywania egzekucji na ludziach pałających się sztukami uznanymi za nieczyste czy też adeptami pogańskich kultów. Z perspektywy Wiliguta byli to wyznawcy Irminizmu, którzy jako męczennicy zginęli z rąk chrześcijańskich kłamców nie pozwalających na odrodzenie się jedynej, słusznej wiary. Samo przejęcie zamku miało również znaczenie symboliczne i pokazywało zwycięstwo pradawnej wiary nad Chrześcijaństwem. Co ciekawe do dzisiejszego dnia w zamku Wewelsburg zachowały się pokazywane turystom lochy gdzie przetrzymywani byli wspomniani "męczennicy", a także udostępnione dla zwiedzających miejsce prób mających udowodnić, że oskarżeni mieli związek z nieczystymi mocami.
 
 Znajdująca się w zamku Wewelsburg sala prób wraz z widocznym w niej wejściem do lochów. (fot. Jakub Pomezański)
 
Największe znaczenie miało jednak ulokowanie zamku w pobliżu Lasu Teutoburskiego, a także skalnego kompleksu Externstein mającego być miejscem świętym dla dawnych germanów. Wiązało się to jak łatwo się domyślić z Irminizmem, a dokładniej samym świętym Irminsulem, który miał rosnąć we wspomnianym lesie. Pozwolę sobie w tym momencie nie drążyć dalej tego tematu ponieważ będzie on związany z jedną z kolejnych części cyklu jakie powstaną w przyszłości. Kończąc już wątek zamku Wewelsburg koniecznym stwierdzenia jest fakt bardzo dużego zaangażowania Wiliguta nie tylko w wytypowanie odpowiedniego miejsca ale również w jego przebudowę na potrzeby SS. Można powiedzieć, że pełnił on funkcję eksperta od spraw mistycyzmu przy głównym architekcie - Hermannie Bartlesie. To właśnie dzięki jego ustaleniom w architekturze zamku występują odniesienia do liczby 12, obecne są również symbole mistyczne czy też najważniejszym punktem zamku stała się północna wieża. Miał również bardzo duży wpływ na symbolikę obecną w otaczających zamek budynkach jaka zachowała się do dzisiejszego dnia, jednak podobnie jak przyczynek do wyboru zamku Wewelsburg temat ten pozostawiam również do opisania w IV części serii "Wewelsburg - nazistowski Watykan".
 
Himmler podczas wizyty w zamku Wewelsburg sfotografowany wraz z głównym architektem Hermannem Bartelsem (z lewej) oraz pochodzącym z Bochum przedsiębiorcą budowlanym Fritzem Scherpeltzem (w środku). (archiwum Jakuba Pomezańskiego)

Poza pracami nad przystosowaniem zamku na potrzeby SS, Wiligut zajmował się również prowadzeniem prac archeologicznych, których celem było poszukiwanie śladów po religii Irministycznej (m.in. we wspomnianym Externstein oraz w znajdującym się nieopodal Baden-Baden Murg). Pracował także nad sformowaniem nowych obrzędów w "rycie SS" takich jak chrzest czy też małżeństwo, które opisywałem w II części cyklu. Ważnym z punktu widzenia nowej religii było również jego zajęcie tworzenie herbów rodowych dla członków SS opartych o symbolikę średniowieczną ubogaconą o elementy współczesne oraz runy, a także zaprojektowanie jednego z najbardziej charakterystycznych symboli Schutzstaffel jakimi były SS Totenkopfring czyli słynny sygnet z trupią główką nad którym prace zakończył już w 1933 roku. W strukturach Schutzstaffel występował również jako ekspert od starogermańskich run, zajmował się ich interpretacją, a także tworzeniem alfabetu runicznego jednak robił to tylko i wyłącznie w oparciu o własne teorie bez brania pod uwagę prac swoich poprzedników (za wyjątkiem Guido von Lista, na którym po części się opierał). Ze względu na bardzo dobre relacje z Himmlerem, a także zaangażowanie jakim się wykazywał zaledwie po 3 latach od wstąpienia w szeregi SS otrzymał awans do generalskiego stopnie SS-Brigadeführera, a już w 1937 odbył się pierwszy chrzest w irministycznym rycie SS kiedy to poddany obrządkowi został syn Karla Wolffa. Paradoksalnie z nie do końca poznanych przyczyn to właśnie Wolff stał się sprawcą jednego z największych nieszczęść Wiliguta jakim było wyrzucenie go z SS, a do którego doszło 28 sierpnia 1939 roku. Ze względu na konflikt w jaki Weisthor popadł z Wolffem ten drugi pozostając zainteresowany jego nie do końca jasną i znaną w szeregach SS przeszłością dotarł do zamieszkującej w Austrii Pani Wiligut, która opowiedziała mu o jego zachowaniu, a także pobycie w zakładzie psychiatrycznym. Uradowany Wolff jak można się domyślić złożył Himmlerowi raport z wyjazdu do Austrii, a nowe fakty, które właśnie dotarły do Reichsführera nie postawiły Wiliguta w zbyt dobrym świetle. Jego hospitalizacja w zakładzie zamkniętym była niedopuszczalne dlatego też po kilku miesiącach Himmler zdecydował o wydaleniu go z szeregów SS - tak poważne i nie licujące z rzekomą powagą organizacji zdarzenie nie mogło mieć miejsca w szeregach ludzi uznawanych za doskonałych Aryjczyków za jakich się postrzegali. Historia ta nie jest jednak do końca jasna, ponieważ ze względu na specyficzną więź ucznia i mistrza jaka łączyła Himmlera z Wiligutem można przypuszczać, że wydanie jej przez Reichsführera było czymś bardzo trudnym. Odważę się nawet stwierdzić, że mógł ją podjąć pod wpływem presji ludzi znajdujących się w jego najbliższym otoczeniu, z którymi Wiligut był skonfliktowany czy też po prostu nie lubiany.

Przez jednych uważany za kopię, a przez innych za oryginał - znajdujący się w mojej kolekcji SS Totenkopfring, którego koncepcję oraz wygląd opracował Karl Maria Wiligut.

Tym co przemawia za tym, że decyzja Himmlera o wydaleniu Wiliguta z SS była dla niego czymś trudnym może być fakt, że wraz z jego odejściem z osobistego sztabu Reichsführera SS zwolniona została niejaka Elsa Baltrusch mająca otoczyć go opieką. Niejasne pozostają również bardzo wysokie przychody Wiliguta jakie uzyskiwał przez cały okres wojny, a które przedłożył po jej zakończeniu w 1945 roku. Zagadką jest również kwestia relacji Himmlera z Weisthorem, niektórzy badacze są zdania, że jego wydalenie z SS miało być tylko zabiegiem wizerunkowym zaś rzeczywiste kontakty jakie mieli utrzymywać nie zostały zerwane aż do ostatnich dnia III Rzeszy. To bardzo interesujący wątek, za którym może przemawiać brak jakichkolwiek informacji na temat dalszej działalności prowadzonej przez Wiliguta od 1939 roku, wiadomo jednak, że kilkukrotnie zmieniał miejsca zamieszkania aby ostatecznie osiąść w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów na południe od zamku Wewelsburg miasteczku Bad Arolsen gdzie zmarł w dniu 3 stycznia 1946 roku.

Znajdujący się na terenie cmentarza w Bad Arolsen nagrobek Karla Marii Wiliguta, na uwagę zwracają znajdujące się przy nim znicze, a także inskrypcja: "Unser Leben Geht Dahin Wie Ein Geschwätz" (Nasze życie przemija tak jak czcze pogaduszki), grudzień2017. (fot. Jakub Pomezański)

Postać Karla Marii Wiliguta przedstawia się nam jako człowieka obłąkanego, pragnącego władzy, a także lubiącego zwracać na siebie uwagę megalomana, który swoją osobą odcisnął piętno na działalności Himmlera, a także tworzących się strukturach SS w początkowym okresie III Rzeszy, na tyle silnym, że doskonale obrazującym relacje Weisthor - Himmler jest nazwa rozdziału znajdującego się w książce Igora Witkowskiego "Wewelsburg: Zamek Świętego Graala SS" brzmiąca: "Weisthor - zwierciadło obłędu Himmlera...". To jednak jeszcze nie wszystko, był to również poważnie chory człowiek posiadający zdecydowane odchylenia psychiczne. Należy jednak się zastanowić czy to właśnie one były przyczyną tworzenia przez niego niesamowitych historii o przeszłości jego rodu i nakierowały go na okultyzm czy też odchylenia spowodowane były raczej przez jego życie wypełnione tajemnymi praktykami mistycznymi od momentu osiągnięcia pełnoletności...

 
Dodatek nr 1
Fragment drugiej książki Wiliguta pt. "Die Neun Gebote Gots" poruszający zasady wprowadzenia nowej religii w Niemczech wraz z tłumaczeniem w przekładzie Alana Zycha.

Pismo Weisthora zawierające dziewięć przykazań Bogów wraz z zapisem ich w formie runicznej. (archiwum autora)

 Dziewięć przykazań Bogów.
z ustnego przekazu plemienia Asa Uana po raz pierwszy od 1200 lat zapisy zostały złożone na piśmie od czasu kiedy zostały publicznie spalone na stosie przez Ludwika Pobożnego….
1) Got jest Al=Jednością!
2) Got jest "Duchem i Materią", dwoistością. Ona [dwoistość - przyp. tłum.] przynosi niezgodę, a jednak jest jednością i czystością....
3) Got jest troistością: Duch, Siła i Materia, Got=Duch, Got=Ur, Got=Byt lub Sun=Światło i Siła, dwoistość.
4) Wiekuisty jest Got jako Czas, Przestrzeń, Siła i Materia w swojej cyrkulacji.
5) Got jest Przyczyną i Skutkiem. Z Gotem płynie dookoła Prawda, Moc, Obowiązek, Szczęście.
6) Got jest wiekuistą Prokreacją. Duch i Materia Gota, Siła i Światło są jego nosicielem.
7) Got - poza pojęciem dobra i zła - jest nosicielem siedmiu epok ludzkości. –
8) Zarządzanie w cyklu przez Przyczynę i Skutek niesie poziom: tajemne osiem.
9) Got jest Początkiem bez Końca – Al. [jednością – przyp. tłum]. On jest doskonałością w Nicości a jednak Al. [jedność – przyp. tłum.] w 3 razach 3krotne poznanie wszystkich rzeczy. Zamyka krąg  N – Jul do Nicości ze świadomości do nieświadomości aby mógł ponownie stać się świadomy.
Dla dokładności przekazu:
K M W [Karl Maria Wiligut]

 
Dodatek nr 2
Życiorys Karla Marii Wiliguta podany za Igorem Witkowskim (źródło: "Wewelsburg: Zamek Świętego Graala SS").

Urodziłem się 10 grudnia 1866 r. w Wiedniu, w Austrii, o godzinie 11 w nocy, jako syn ówczesnego urzędnika królewskiego dworu węgierskiego - Karla Marii Wiliguta, zatrudnionego w kancelarii dworu.
Mój ojciec, dziad i pradziad, byli czynnymi oficerami armii austriackiej. Rodzina przywędrowała w roku 1242 z Wirtembergii na Węgry (...) Od najdawniejszych czasów służymy naszemu narodowi; jesteśmy w pełni ofiarni, to znaczy nie działamy w oderwaniu od zadań stojących przed naszym rodem. Kiedyś rozmawiałem z moim dziadkiem, K. Wiligutem na temat znaczenia pradawnych runów przypisanych naszemu rodowi. Gdy miałem 24 lata mój ojciec powierzył mi historię naszego rodu.
W wieku 13 lat rozpocząłem edukację w szkole średniej dla kadetów w Wiedniu i Mostarze (Hercegowina). Było to w roku 1884. W roku 1888 zostałem oficerem, w roku 1912 majorem, a w latach Wojny Światowej pełniłem obowiązki dowódcy, wyszczególnione w załączonym kwestionariuszu. W sierpniu 1917 r. awansowałem na pułkownika i jako taki dowodziłem różnymi jednostkami, m.in. byłem dowódcą brygady - do końca kwietnia 1918 r. W połowie maja odwołano mnie z fronty w południowym Tyrolu i zostałem komendantem obozu wojskowego w miejscowości Zokiew, na północ od Lwowa.
Tam w lipcu 1918 r. doświadczyłem pewnego przeżycia, którego wyjaśnienie uważam za konieczne z perspektywy tradycji mego rodu. Zawiali do naszej mesy oficerskiej mianowici goście: legat papieski, kardynał Natti (obecny papież), generał zakonu Jezuitów hrabia Ledóchowski oraz apostolski biskup polowy dr Pelopotocki. Po opuszczeniu pomieszczenia mesy zwrócili się do mnie z prośbą o towarzyszenie im, co też uczyniłem. Wtedy Ledóchowski zapytał mnie w sprawie mego nazwiska i czy miałbym jeszcze zaświadczenia na ten temat. Nie próbując ukryć swej gwałtowanie promieniującej nienawiści do klechów odparłem, że tak, po czym Ledóchowski półgłosem rzucił w kierunku Nattiego: "Famiglia malatetta". Usłyszałem to jednak i stwierdziłem z dumą: tak, jestem z tej "przeklętej rodziny". To wyznanie rozstrzygnęło, że odtąd jestem śmiertelnym wrogiem Kościoła Rzymskokatolickiego ze wszelkimi tego następstwami, o czym zaświadczają moje późniejsze wypowiedzi. 
1 stycznia 1919 r., mając już 40 letnią służbę za sobą, zostałem przeniesiony w stan spoczynku. Po przykrych doświadczeniach przewrotu wstąpiłem do freikorpsu Oberland, gdzie [nieczytelny fragment rękopisu] i wciąż należę, jako że wezwany przez Reichsführera SS całkowicie poświęciłem się szczytnym celom SS.
Bezpośrednio po załamaniu się zorientowałem się, że Żydzi poprzez wolnomularstwo, które było w całości zwyrodniałe, w tak nieszczęsny sposób pokierowali historią wojenną. Założyłem w Salzburgu Związek Antysemicki oraz gazetę "Eiserner Besen", otwarcia oskarżającą Żydów i masonów o popełniane przestępstwa przez co miałem śmiertelnego wroga nie tylko w nich, ale i w Kościele Rzymskokatolickim.
Pewien były oficer o nazwisku Wenzel Hammer-Haldersdorff, doprowadził do tego, aby uczynić mnie "nieszkodliwym" dla tych trzech sił - w taki sposób, że skłonił mnie do poręczenia za jego osobę. Poręczenie to wykorzystano zarazem do oddania w ich służbę mojej żony.
W roku 1924 zostałem aresztowany i salzburska policja zezwoliła mi na przeprowadzenie się do zakładu dla umysłowo chorych. Tam trzymano mnie do wiosny 1927 r., i aby "na zawsze" mnie unieszkodliwić, wyznaczono mi kuratora. Moje interwencje z tym związane zostały w roku 1932 odrzucone przez wszystkie instancje. Nie udostępniono mi przy tym żadnego radcy prawnego, ani nie uchroniono mnie przed wykorzystaniem finansowym najpodlejszego rodzaju.
Nosiłem się z zamiarem bezwarunkowego wyjazdu zagranicę, aby tam wypełniać tradycyjne zadania rodowe i wyszukałem w tym celu Sistianę na adriatyckim wybrzeżu Włoch - gdzie mam niewielką posiadłość, o której nie wiedział nikt z mojej rodziny. Po tym nadeszło wezwanie ze strony SS, za którym podążyłem.
K. M. Weisthor Wiligut, pułkownik 
 

Do napisania biografii Wiliguta posłużyły mi następujące książki:
- "The Occult Roots of Nazism" Nicholas Goodrick 
- "Wewelsburg: Zamek Świętego Graala SS" Igor Witkowski
- "Endtime Warriors, Ideology and Terror of the SS" Wulff Eberhard Brebeck
- "Naziści i Okultyzm, Ciemne Moce III Rzeszy" Paul Roland


niedziela, 11 marca 2018

Wałbrzyskie spotkanie

Wczorajszy dzień był bardzo istotny z punktu widzenia mojej działalności na polu poszukiwawczym ponieważ po wielu próbach udało się w końcu zorganizować spotkanie prawdziwych zapaleńców, badaczy, a także ludzi chcących działać wspólnie dla rozwiązania tajemnic związanych nie tylko z Górami Sowimi ale również Wałbrzychem i jego najbliższą okolicą. W spotkaniu tym uczestniczył mój nieodżałowany kolega Alan ze Świętochłowic, Maciej z Wrocławia, a także Tomasz Kostyła - fotograf i człowiek całkowicie pochłonięty tajemnicami Wałbrzycha. Brałem w nim również ja, a także wielki i wspaniały człowiek, który bardzo aktywnie działa na polu tajemnic "Riese" - Stanisław Bulza (autor doskonałego cyklu "Szlakiem śmierci - Koniec tajemnicy Riese", do którego linki zamieszczę poniżej dzisiejszego wpisu). Koniecznym jest również nadmienienie tutaj, że to właśnie Stanisław jako pierwszy podjął temat hitlerowskiej świątyni na górze Niedźwiadki w ujęciu okultystycznym. Podczas spotkania postanowiliśmy podjąć się rozwiązania kilku tematów oraz postanowiliśmy rozpocząć prace nad pewnymi ważnymi projektami. Można uznać, że był to początek bardzo dobrej i długiej współpracy na polu poszukiwań. Oczywiście spotkanie to odbyło się w terenie dlatego warto napisać kilka słów o tym co robiliśmy.

Autor bloga wraz ze Stanisławem Bulzą w znajdującym się na terenie Wałbrzycha obiekcie nazywanym Totenburg, marzec 2018. (fot. Tomasz Kostyła)

Znaczną część czasu poświęciliśmy na uprzednio wymieniony Totenburg skupiając się na jego części naziemnej jak i podziemnej, a także analizę terenu w konfrontacji ze zdjęciami pochodzącymi z okresu jego świetności. Co o tej budowli można powiedzieć? Przede wszystkim posiadał on przed laty 3 wejścia do jego części znajdującej się za murami (dwa z nich są obecnie zamurowane), a stanowiącej swoisty dziedziniec z okalającym go krużgankiem. Przed latem znajdowały się tam mozaiki, figury oraz rzeźby, które w szczątkowym stanie zachowały się do dnia dzisiejszego. Zwieńczenie, całej budowli był kilkumetrowy znicz ustawiony na środku dziedzińca, na którym palił się wieczny ogień zasilany gazem ziemnym. Ze względu na ulokowanie "świątyni" na wzgórzu była widoczna z każdej części Wałbrzycha jak i najbliższej okolicy. Warto nadmienić również, że do dzisiejszego dnia po lewej jak i prawej stronie budowli od strony głównego wejścia znajdowały się dwa postumenty, na których stały niemieckie orły. Budowa natomiast trwała dwa lata i zakończyła się w 1938 roku, warto tę datę zapamiętać ponieważ jeszcze do niej nawiążę. Oficjalnym powodem wybudowania go właśnie w tym miejscu było rzekomo niskie poparcie dla partii NSDAP, które w 1933 przejęła na drodze demokratycznych wyborów władzę w Niemczech, a konstrukcja ta miała budować dumę narodową i tożsamość mieszkańców okolicy. Jakby nie patrzeć dość kosztowny pomysł na poprawę poprawę poparcia...


Totenburg dzisiaj, marzec 2018. (fot. Jakub Pomezański)

Udało nam się również obejrzeć miejsce gdzie od 1938 roku czyli od roku kiedy budowa mauzoleum-świątyni została ukończona znajdował się amfiteatr gdzie miały odbywać się przedstawienia uświetniające obchodzone tam uroczystości. Zresztą podobnie jak w innej, analogicznej Roberta Tischlera - człowieka, który zaprojektował "wałbrzyską świątynię" - jaką było mauzoleum znajdujące się do dziś na górze Św. Anny gdzie został stworzony kompleks zawierający zarówno mauzoleum wraz z amfiteatrem. Interesującym faktem jest jednak to, że w przeciwieństwie do obiektu z opolskiego konstrukcja z Wałbrzycha nie posiada części podziemnej poza biegnącym dookoła niej (na planie kwadratu) korytarza o prawdopodobnym charakterze technicznym, a także grobowcowym ponieważ posiada on wydzielone boczne komory. Niektórzy jednak twierdzą, że obiekt ten mógł posiadać jeszcze jeden, niższy poziom co jest powodowane tym, że Totenburg został wybudowany nad chodnikami dawnej kopalni. 

Fragment przekazanej mi przez Tomka Kostyłę górniczej mapy przedstawiającej chodniki górnicze pod Wałbrzychem.

Znana i dostępna cześć podziemi jest zresztą ciekawa również z innych powodów, kilka ścian noszą ślady prowadzonych tu poszukiwań, a także widnieją na nich napisy w języku łacińskim odnoszące się do starożytnego Rzymu co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Widnieje tam również w jednej z bocznych komór wymalowany tę samą farbą co wspomniane napisy trójkąt, na którym dorobił ktoś nie pasujące do jego stylu oko. Głupia zabawa, wandalizm, a może jakieś niezrozumiałe obrzędy grup okultystycznych? Trudno znaleźć na to jednoznaczną odpowiedź...



 Biegnący dookoła Totenburga korytarz w szerszym ujęciu wraz z widniejącymi na ścianach napisami po łacinie, które kolejno oznaczają: lucernaria - określenie grupy świecących żyjątek jakie zamieszkują dna oceanów; lex duodecim tabularum - ustawa lub prawo dwunastu tablic czyli pierwsze skodyfikowanie prawa rzymskiego; cubicula locula - są to w zasadzie dwa słowa, pierwsze z nich odnosi się do budowanych pod Rzymem potężnych rozmiarów krypt w których znajdowały się komory-nisze gdzie bezpośrednio spoczywały zwłoki, które określane były mianem drugiego słowa; testimonium bannorum - zwrot odnoszący się znów do okresu po urodzeniu Chrystusa, a oznaczającego świadectwo zapowiedzi (odniesienie do ślubu) wystawione przez obcą parafię potwierdzające to, że zostały one dokonane w miejscu innym niż tym gdzie ślub ma się odbyć, poniżej niego znajduje się znaczna ilość nazw w języku polskim. Stan na marzec 2018, fot. Jakub Pomezański.

Chciałbym teraz poruszyć wspomnianego już roku zakończenia budowy Totenburgu jakim był 1938 rok, jak zauważył Tomek Kostyła w odniesieniu do obrzędów jakie musiały się tam odbywać (jak wiadomo już Niemcy w III Rzeszy opracowali specyficzne rytuały w odniesieniu do okultyzmu, a kluczowy był tutaj okres właśnie do wybuchu II Wojny Światowej, pisałem o tym m.in. TU), że miejsce to stało się na pewien sposób przeklęte, a obiekt ten górując jakoby nad wszystkim dookoła stał się symbolem zajęcia tych terenów. Wraz z zakończeniem jego budowy w 1938 roku zbiegło się również jedno nie potwierdzone oficjalnie wydarzenie jakim było założenie obozu koncentracyjnego w obecnej Rogoźnicy nazywanej wtedy Gross-Rosen. Zdaje sobie tutaj oczywiście sprawę z tego, że obóz ten według każdej książki miał powstać w 1940 roku jednak nie piszę tego bezpodstawnie, a w oparciu o dawne dokumenty amerykańskiego wywiadu OSS - Office of Strategic Services (Biuro Służb Strategicznych, poprzednik CIA), które zamieszczam poniżej. Dla przypomnienia chciałem tą sprawą zainteresować kilku ludzi co spotkało się z absolutnym brakiem zainteresowania, a nawet atakami ze strony osób z części tzw. świata naukowego (na szczęście było ich niewielu, a w opozycji do nich znaleźli się również tacy co wyrazili zainteresowanie tematem, a także niezrozumienie w odniesieniu do zachowania ich kolegów po fachu). Niestety historia tego niemieckiego obozu koncentracyjnego jaki znajduje się obecnie na terenie Polskiego Dolnego Śląska jest jeszcze pełna wielu niedomówień jak choćby sprawy mającej znajdować się na jego terenie komory gazowej, o której piszą amerykanie, a nawet muzeum Yad Vashem (na opublikowanej przez nich mapie obozu), o której próżno szukać informacji w znanych nam publikacjach. Czy zatem idąc dalej tym tropem można stwierdzić, że zarówno historia plugawego miejsca jakim zapewne był sam Totenburg, a także miejsca kaźni, którym było Gross-Rosen mają jakiś jeden wspólny początek? Być może tak właśnie było jednak nie można wtedy zapomnieć o jeszcze jednym miejscu czyli znajdującym się nieopodal olbrzymie, który do dziś skrywa jeszcze wiele sekretów. Być może związek ten występuje również w jego kontekście.

Fragment dokumentu OSS zawierający informacje o Gross-Rosen i jego powstaniu w 1938 roku. (źródło: archiwum CIA, zbiory Jakuba Pomezańskiego)

Skoro mowa już o "Riese" jak i jego tajemnicach to należy już przejść do kolejnego tematu, który w dniu wczorajszym został podjęty. Choć nie przekroczyliśmy tej symbolicznej bramy do kompleksu jaką są dla mnie tunele pod Wołowcem to stanęliśmy u jej progu wysłuchując bardzo ciekawych opowieści Stanisława Bulzy jak i jego teorii na temat znajdujących się tam namacalnych do dzisiejszego dnia śladów. Poza obejrzeniem kanału technicznego jaki ulokowany jest tuż przed ich wlotem, a który miał powstać w czasie ostatniej wojny przyjrzeliśmy się również ciekawej hałdzie urobku. Co ciekawa kanał ten pozostaje cały czas zalany wodą, a wiązać się może na wpół mitycznym kompleksem Rüdiger, jaki miał być tam ulokowany. Trzeba przyznać, że pogoda zdecydowanie dopisała i zapewniła nam dodatkowe atrakcje w postaci pięknie oblodzonych skał tuż przy wolcie do tuneli.


 Tunele kolejowe pod Wołowcem od strony Wałbrzycha w ujęciu z hałdy urobku oraz zalany wodą kanał pomiędzy torowiskami, marzec 2018. (fot. Jakub Pomezański)

Będąc w tych miejscu nie można również zapomnieć o sztolni ulokowanej powyżej nieczynnego już wlotu do tunelu kolejowego dlatego zajęliśmy się również jego eksploracją. Swego czasu był on badany przez jedną z grup, prowadzono również prace mające na celu wypompowanie wody z szybu jaki w nim się znajduje. Z uzyskanych informacji wejście do  tej sztolni przypominające obecnie lisią norę było zabezpieczone stalowymi drzwiami, a wejście do niego zostało omurowane cegłami. 

 Szyb znajdujący się w sztolni powyżej tunelu kolejowego oraz jej korytarz, marzec 2018. (fot. Jakub Pomezański)

W sztolni tej doszło również do ciekawej obserwacji dokonanej przez Macieja, otóż w odległości 50 kroków od wejścia, w stropie znajduje się beton wymieszany razem z kamieniami co zostało przez naszego kolegę zauważone. Jak się później okazało w tej samej odległości na powierzchni znajduje się otwór - czy byłą to pozostałość po wykonaniu w tym miejscu czopu? Według kolegów z innej grupy miał się tam znajdować szybik urobkowy co jest tutaj bardzo cenną uwagą.

 Wyraźnie odcinający się od reszty stropu betonowy czop oraz wyjście ze sztolni, marzec 2018. (fot. Jakub Pomezański)

Wczorajszy dzień można uznać za bardzo owocne otwarcie nowego sezonu, podjęte decyzje, plany oraz pomysły na 2018 już niebawem wydadzą odpowiednie owoce. Chciałbym jeszcze tutaj podziękować wszystkim kolegą za przybycie, a w szczególności Stanisławowi, który bardzo wzbogacił naszą wiedzę. Specjalne podziękowania zresztą należą się każdemu - Alanowi za jego zacięcie dokumentacyjne oraz wykonanie ponad 2 godzinnego materiału filmowego, Tomkowi za jego piękne artystyczne zdjęcia oraz dzielenie się wiedzą, a także Maciejowi za wykorzystywanie w terenie wiedzy technicznej oraz niesamowitą spostrzegawczość. Zdecydowanie było warto!

 Tomek i Stanisław w trakcie rejestracji przez Alana oraz Maciej weryfikujący głębokość odwiertu w podziemiach Totenburga, marzec 2018. (fot. Jakub Pomezański)

Oraz obiecane we wstępie odnośniki do opracowania Stanisława Bulzy:
- CZĘŚĆ I
- CZĘŚĆ II
- CZĘŚĆ III
- CZĘŚĆ IV
- CZĘŚĆ V
- CZĘŚĆ VI
- CZĘŚĆ VII
- CZĘŚĆ VIII
- CZĘŚĆ IX